Blog > Komentarze do wpisu
streszczenie
Dziecko: angina ropna. Wczorajsza noc z goraczka 40 stopni (104), dzis w ciagu dnia "tylko" 38,5 (102). Do dzisiejszego wieczora myslalam ze scisnietym sercem (bo co innego jak ja na to choruje, a co innego jak dziecko), ze to swinska grypa, bo objawy byly te same to u mnie w czerwcu, ale mama, ktora prawie doslownie wbiegla do nas prosto z samolotu ze Wschodniego Wybrzeza (gdzie byla przez weekend), zdiagnozowala angine. I dzieki Bogu, bo na angine sa rozne przeciez antybiotyki, a na ta swinie tylko to jedne Tamiflu. Ktore zreszta zdazylam dzis jeszcze kupic, zanim sie dowiedzialam, ze to angina. Kosztowalo 90 jebanych dolarow. Z ubiezpieczeniem! I niech ktos mi sie odwazy powiedziec, ze w Stanach nie trzeba reformy sluzby zdrowia, to go zabije.

Ja: nieziemskie kombinacje, zeby znalezc ludzi, ktorzy za mnie poprowadza zajecia na 3 uniwersytetach, tak zebym jednoczesnie nie podpadla zadnemu przelozonemu. Bo i dzis nie bylam w pracy i jutro tez nie bede. Poza tym padam na ryj, bo co oznacza bardzo chore dziecko, ktore na dodatek nie moze niczego przelknac, to mozna se wyobrazic... Acha i jeszcze na dokladke, jestesmy w domu w Chicago, bo gdy wczoraj wieczorem jak zwykle przygotowywalam sie do powrotu do Wilmette, a dziecko mi zaczelo sie przelewac przez rece i miec szklane oczy, to se pomyslalam, ze moze ja jednak jej nigdzie po nocy i w zimnie wlec nie bede. I tak sie ostalysmy w naszym normalnym domu, gdzie teraz bywamy przeciez tylko na weekendy. No i wlasnie z tego powodu nie mamy tu wielu rzeczy. No wiec co. No wiec ja dzis w samochod, po uprzednim wezwaniu ojca dziecka (ktory jesli by nie byl wezwany, to by sie u dziecka nie stawil) poprulam do Wilmette po nasze rzeczy, zeby tu nie zostac w jednych portkach i w jednym t-shircie. Przywiozlam zatem toboly rzeczy do Chicago i -- jako ze odpoczelam bardzo siedzac za kierownica samochodu w korku jadac w te i wewte -- popedzilam dziecku mielic zupe, zeby moglo cokolwiek przelknac. Bo jej ojciec niczego takiego nie zrobil siedzac z nia caly ten czas, gdy ja pakowalam rzeczy w Wilmette i jezdzilam tam i z powrotem. Szkoda gadac. Teraz dziecko wzielo antybiotyk i jakby tak kontaktuje nieco lepiej.

Ale za to Halloween mialam bdb. Spedzony caly ze Skrzetuskim. I tylko z nim, bez zadnej asysty jego znajomych lub moich przyjaciol. Najpierw na koncercie Kapeli ze Wsi Warszawa, a potem na imprezie tylko dla wtajemniczonych w takim jednym warehouse u polskich bikerow (albo harleyowcow). Skrzetuski byl zachwycony, bo on tez przeciez posiada harleya. Na mnie az takiego wrazenia impreza nie zrobila, bo bywalam na podobnych, no ale dzialo sie na niej troche, dzialo. Nawet telewizor plazmowy ze sciany spadl. I inne tam takie. Oczywiscie wszyscy w przebraniach. My zreszta tez. Na koniec wieczoru dostalam od Skrzetuskiego szybkiego cmoka w ust mych korale. Co z kolei Karen skomentowala tak (gdy skladalysmy sobie raport nastepnego ranka, jak kazda z nas spedzila poprzedni wieczor): "He just made sure that he would secure your heart for at least a while."
And he did.
wtorek, 03 listopada 2009, sorbet5
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/11/03 06:56:35
ekehm... z KIM??? no halo!!! przeciez mialas go poslac na drzewo!
-
2009/11/03 16:10:09
No mialam, mialam... Ale jak go posle na drzewo, to juz calkiem nic w moim zyciu damsko-meskiego nie bedzie sie dzialo... wiec moze lepiej miec troszke niz nic :)
-
2009/11/03 17:59:29
Chorego dziecka bardzo współczuję, brzmi paskudnie. Kolejne rozczarowanie Skrzetuskim z mojej strony... To on na Harleyu jeździ, a nie na BIAŁYM KONIU??? C'mon! A za co się przebraliście? A foty będą?