RSS
poniedziałek, 16 listopada 2009
o zyciu chyba
Kawalek emaila do mojej nowej kolezanki, z ktora moj stary przyjaciel probowal cos zdzialac, ale im nie wyszlo, z tym ze w tzw miedzyczasie sie z nia zaprzyjaznilam... bo fajna z niej kobita jest... i oczywiscie nie ma imie Zofia... 

...
Nie, moja Ty Zofio, nie pisze z grzecznosci do Ciebie... Pisze z radoscia i poczuciem szczescia, ze se taka znalazlam przyjaciolke i to jak niespodziewanie! I dzieki Bogu za Ciebie!...
Nie badz ksiegowa w uczuciach! Nigdy! (zreszta nigdy bym Cie o to nie podejrzewala) nie ma nic gorszego od tego! Lepiej skakac na glowke do pustego basenu, bo sie przynajmniej cos poczuje, nawet jesli to bedzie tylko bol... niz stac nad tym basenem i kalkulowac ile on ma glebokosci i ile szerokosci... i przeliczac wszystko dokladnie przez ulamki i calki...
...
A Skrzetuski?... nie flirtuje dzis z nim, bo wczoraj wieczorem spedzilismy troche czasu razem -- szwendalismy sie po miescie (niestety, nie tylko we dwoje, ale z grupa znajomych) Bylismy na spektaklu Zar (polski eksperymentalny "fizyczny" teatr z nurtu Grotowskiego) a potem na koncercie marching band, ktora robila parodie z muzyki granej wlasnie przez takie marching bands. Pod wzgledem kulturalnym wieczor swietny! Pod wzgledem bycia w towarzystwie Skrzetuskiego -- wlasciwie tez, choc chcialoby sie wiecej... On chyba bardzo pilnuje tego, zebysmy byli caly czas na stopie przyjacielskiej i zebysmy byli tez tylko tak postrzegani przez znajomych, bo np jesli postoi przy mnie blisko przez czesc koncertu, to przez nastepna juz staje gdzies dalej, albo jesli przyniesie mi jednego drinka, to juz nastepnego musze sobie sama kupic (co mnie akurat nie przeszkadza, bo ja juz przez Amerykanow przeszkolona jestem), ale wiesz... chcialoby sie czegos wiecej... No i z nim te spotkanie to sa zazwyczaj z jakiejs okazji, a to dinner u Karen, a to jakis koncert, a to spektakl, jak wczoraj... Rzadko kiedy jest tak, zeby on zadzwonil i powiedzial "chodzmy na kawe"... tzn zdarza sie, ale za rzadko jak na moj gust... A moze on po prostu nie jest mna zainteresowany, tylko zwyczajnie chce miec wiecej przyjaciol... i ja w pewnym sensie przypominam mu Polske, gdzie byl bardzo szczesliwy... No coz, ja tez sie Ci tu zwierzam, jakbys Ty cos mogla zrobic w tej sprawie... :) ale przynajmniej mnie wysluchasz (przeczytasz)...
No nic, ide sobie przygotowywac kolejne zajecia, Jezu, jak ja juz chce, zeby sie ten kwartal skonczyl, bo nie wyrabiam na zakretach...
...
Caluje Cie mocno w czolko,
-Sorbet

...
I jeszcze zaznacze (juz poza emailem), ze teatr fizyczny nie robi. No nie robi. Dla mnie. Dla innych na pewno. Nie zaatakowal mnie na tzw primordial level, tak jak niby powinien, tak jak sie to opisuje we jego definicjach... Kontakt z tzw sztuka w ogole w teatrze raczej do Absolutu mnie nie zbliza.  Muzyka. Przemyslana architektura pieknie i zaskakujaco osadzona w otaczajacej przestrzeni. Majestatyczna przyroda. O, w tych rzeczach sie dla mnie kryje Absolut. W teatrze fizycznym niekoniecznie.

A tak w ogole to oklapla jakas taka jestem. Jakby ktos powietrze spuscil. Moze to efekt dwoch nocy pod rzad ktore zakonczyly sie ok 3 rano. A moze efekt samotnosci. A moze przepracowania. A moze general dissatisfaction with my life choices. 
I to wlasciwie wszystko. 

06:26, sorbet5
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 listopada 2009
krotko
No nie mam kiedy pisac. Z jednej pracy jade do drugiej, na drugi dzien do trzeciej, potem znowu do pierwszej i drugiej i tak wkolo Macieju... A jak nie jestem w pracy, to sie przygotowuje do pracy. 

A tzw wolnych chwilach (czyli np okolo polnocy) poprawiam 4 rozdzial dysertacji. W tzw miedzyczasie spotkalam sie z jednym z moich profesorow i przekonalam go, ze moja dysertacja bedzie krotsza niz zamierzalam. Bo zamierzalam jakies 300 stron, a skoncze na jakis 150. Zgodzil sie. Teraz jeszcze przekonac tylko jedna (nieco walnieta) profesorke i droga do wolnosci (czyli do skonczenia dr) otwarta!!! 

Poza tym co.
Dziecko wyzdrowialo. Dzieki Bogu zyjemy w 21 wieku, gdy antybiotyki sa powszechnie dostepne. Nastepny challenge, jesli chodzi o dziecko, to jej aplikacje do collegow. Juz jakby nieco je zaczelysmy, ale to nie je bajka, te aplikacje i troche potrwa zanim je skonczymy.
Skrzetuski jest jak najbardziej around, widujemy sie czesto, jakies tam wyjscia, piwa, obiady, moje redagowanie jego artykulow, jego poprawianie moich prac, ale ciagle to wszystko na bezpieczna odleglosc przyjaciela. Chcialoby sie wiecej, oj chcialo, ale co zrobic...
No i tak poza tym to niewiele. Zycie towarzyskie w stanie szczatkowym. Ostatnio nawet jak mam wyjsc, to tylko na jakies ciekawe rzeczy, bo na jakies tam nudnawe imprezy to mi sie nawet marnowac benzyny nie chce. 
O, zapomnialabym. Na silownie chodze zawziecie. I schudlam wreszcie. 8 funtow!!! Bo zaczelam biegac, jeszcze w sierpniu. Teraz juz nie na zewnatrz, tylko po treadmillu, ale zawsze. No a po bieganiu zawsze jeszcze sei zmuszam, zeby pojsc na maszyny cwiczace miesnie brzucha, bo te ostatnie to u mnie w formie raczej marnej. 
No i w sumie nie jest zle (tfu tfu tfu!) ale gdybym tylko nie miala takiego zapierdolu w pracy, za to miala wiecej pieniedzy, dziecko juz na studiach i Skrzetuskiego na wlasnosc, to by byl raj!... :)


01:08, sorbet5
Link Komentarze (3) »
wtorek, 03 listopada 2009
streszczenie
Dziecko: angina ropna. Wczorajsza noc z goraczka 40 stopni (104), dzis w ciagu dnia "tylko" 38,5 (102). Do dzisiejszego wieczora myslalam ze scisnietym sercem (bo co innego jak ja na to choruje, a co innego jak dziecko), ze to swinska grypa, bo objawy byly te same to u mnie w czerwcu, ale mama, ktora prawie doslownie wbiegla do nas prosto z samolotu ze Wschodniego Wybrzeza (gdzie byla przez weekend), zdiagnozowala angine. I dzieki Bogu, bo na angine sa rozne przeciez antybiotyki, a na ta swinie tylko to jedne Tamiflu. Ktore zreszta zdazylam dzis jeszcze kupic, zanim sie dowiedzialam, ze to angina. Kosztowalo 90 jebanych dolarow. Z ubiezpieczeniem! I niech ktos mi sie odwazy powiedziec, ze w Stanach nie trzeba reformy sluzby zdrowia, to go zabije.

Ja: nieziemskie kombinacje, zeby znalezc ludzi, ktorzy za mnie poprowadza zajecia na 3 uniwersytetach, tak zebym jednoczesnie nie podpadla zadnemu przelozonemu. Bo i dzis nie bylam w pracy i jutro tez nie bede. Poza tym padam na ryj, bo co oznacza bardzo chore dziecko, ktore na dodatek nie moze niczego przelknac, to mozna se wyobrazic... Acha i jeszcze na dokladke, jestesmy w domu w Chicago, bo gdy wczoraj wieczorem jak zwykle przygotowywalam sie do powrotu do Wilmette, a dziecko mi zaczelo sie przelewac przez rece i miec szklane oczy, to se pomyslalam, ze moze ja jednak jej nigdzie po nocy i w zimnie wlec nie bede. I tak sie ostalysmy w naszym normalnym domu, gdzie teraz bywamy przeciez tylko na weekendy. No i wlasnie z tego powodu nie mamy tu wielu rzeczy. No wiec co. No wiec ja dzis w samochod, po uprzednim wezwaniu ojca dziecka (ktory jesli by nie byl wezwany, to by sie u dziecka nie stawil) poprulam do Wilmette po nasze rzeczy, zeby tu nie zostac w jednych portkach i w jednym t-shircie. Przywiozlam zatem toboly rzeczy do Chicago i -- jako ze odpoczelam bardzo siedzac za kierownica samochodu w korku jadac w te i wewte -- popedzilam dziecku mielic zupe, zeby moglo cokolwiek przelknac. Bo jej ojciec niczego takiego nie zrobil siedzac z nia caly ten czas, gdy ja pakowalam rzeczy w Wilmette i jezdzilam tam i z powrotem. Szkoda gadac. Teraz dziecko wzielo antybiotyk i jakby tak kontaktuje nieco lepiej.

Ale za to Halloween mialam bdb. Spedzony caly ze Skrzetuskim. I tylko z nim, bez zadnej asysty jego znajomych lub moich przyjaciol. Najpierw na koncercie Kapeli ze Wsi Warszawa, a potem na imprezie tylko dla wtajemniczonych w takim jednym warehouse u polskich bikerow (albo harleyowcow). Skrzetuski byl zachwycony, bo on tez przeciez posiada harleya. Na mnie az takiego wrazenia impreza nie zrobila, bo bywalam na podobnych, no ale dzialo sie na niej troche, dzialo. Nawet telewizor plazmowy ze sciany spadl. I inne tam takie. Oczywiscie wszyscy w przebraniach. My zreszta tez. Na koniec wieczoru dostalam od Skrzetuskiego szybkiego cmoka w ust mych korale. Co z kolei Karen skomentowala tak (gdy skladalysmy sobie raport nastepnego ranka, jak kazda z nas spedzila poprzedni wieczor): "He just made sure that he would secure your heart for at least a while."
And he did.
04:52, sorbet5
Link Komentarze (3) »
środa, 21 października 2009
praca praca praca
No znowu sie nie odzywam, ale to wszystko przez prace. Pracuje i pracuje, a potem jeszcze pracuje. Nie, no serio, przez caly dzien jestem w robocie, a potem przyjezdzam do domu i dalej zachrzaniam. Tak to jest jak sie pracuje w trzech miejscach na raz i prowadzi zajecia z trzech roznych przedmiotow. Poza tym, ze dzien w dzien, non stop sie przygotowuje na zajecia nadchodzace nastepnego dnia, to wszystkie zajecia ida dobrze. Ale jakim kosztem!... Jakim, kur*a, kosztem!...

No i zaczyna sie nightmare z aplikacjami do collegu dziecka. Dziecko wystraszone, bo w koncu chyba do niej dotarlo, ze jej dzialania licealne (czyli burdel na kolkach jakim byly pierwsze dwa lata jej liceum) beda miec konsekwencje w postaci niewielu wyborow collegu. No chyba, ze ludzie w admissions offices beda na tyle madrzy, ze popatrza na jej ostatnie dwa lata liceum i to jak sie uspokoila i jak poprawila stopnie... I nie zniecheca ich te jej pierwsze dwa lata... No wiec probujemy do kilku collegy w Chicago, jako ze dziecko spuscilo z tonu i juz do Californii sie nie wybiera... :)

Ze Skrzetuskim stosunki znowu takie sobie. Na szczescie juz nie chodzi na moj rosyjski, bo okazalo sie, ze jego wydzial nie do konca sie na to zgadzal. I dobrze, bo jego obecnosc na moich zajeciach mnie bardzo oniesmielala. W sobote w Chopin Theatre byl swietny koncert, ktory po czesci zorganizowala Karen. Gral Daniel Kahn i jego muzycy z Berlina, muzyke klezmerska, z dodanym punk i hard rockiem i innymi elementami. Muza swietna, zaangazowana, inteligentna, smieszna, cyniczna. Bylo wiadomo od dawna, ze koncert bedzie i ze bedzie swietny, ze Karen (bardziej ona) i ja jestesmy w niego zaangazowane. Skrzetuski zarzekal sie, ze przychodzi, ze przed koncertem idzie z nami na drinki, ze potem idzie na afterparty, etc. Jak sie mozna domyslec z tego wstepu, Skrzetuski na koncercie sie nie pojawil. Smsowal i smsowal do mnie przez pol koncertu, jak to jeszcze musi pojsc na jakis tam dinner, jak to juz jedzie, itd i oczywiscie nie dojechal. Do dzis sie nie odezwal. I nie o to chodzi, ze on musi chodzic na to co mi sie podoba i towarzyszyc mi na koncertach, tyle ze Karen miala dla niego bilet o ktory sam poprosil, ze prosil tez, zebym na niego z tym biletem czekala przed koncertem, ze smsowal do mnie przez pol koncertu zawracajac mi dupe nie dajac sie skupic na muzyce, itd itd. Wkurzyl mnie tym gowniarskim zachowaniem, no i na razie nie mam wielkiej ochoty sie z nim widziec. A przy tej ilosci roboty jaka mam teraz, nie potrzebuje takich bzdur...  i takich distractions... tylko pomocy... a pomocy jak widac Skrzetuski mi nie dostarczy. 
Ech i tak to. 


04:06, sorbet5
Link Komentarze (13) »
środa, 07 października 2009
NY, NY.
Jest wtorek, a moze juz sroda. Jestem od 18 godzin na nogach, ale daje rade. Jestem w NY, na zaproszenie Billa z Polskiego Instytutu Kulturalnego, na sympozjum poswieconym reportazowi. Slucham madrych i ciekawych reportazystow z Polski i stad, z New York Times, The New Yorker, Times... Tlumacze na zywo wypowiedzi polskich pisarzy, mowie o swojej dysertacji, wyjasniam, argumentuje i widze ze zdziwieniem, ze ludzie mnie sluchaja, pytaja, sa zainteresowani... I to takie slawy, ktore publikuja w najlepszych gazetach!... Ktore jezdza na koniec swiata (whatever we define as "koniec swiata" :) I nagle do mnie dociera, ze chyba osiagnelam w zyciu cos fajnego, ciekawego, wartosciowego... I ze nikt mi tej drogi nie przygotowal, zaden tata ani wujek niczego nie zalatwil, zadna ciocia nie wprowadzila w towarzyskie kregi... To wszystko ja, tylko ja, no oczywiscie z wielka techniczna pomoca rodziny, przy dziecku, przy finansach, ale akademicko i towarzysko to tylko i wylacznie ja. I spostrzegam, ze jestem z siebie dumna... A to zdarza mi sie bardzo rzadko. 

Dobrze, ze wybralam sie do NY, nawet jesli ten wyjazd byl tylko po to, zeby sie mogla tak dobrze poczuc przez pare minut.
21:33, sorbet5
Link Komentarze (7) »
wtorek, 29 września 2009
nagle jesien
Nagle jesien sie zrobila. A ja sie pytam: gdzie sie podzialo, k*rwa, lato??? Jakos go nie zauwazylam w tym roku. Krotkie, wypelnione praca i wcale nie gorace. Ja tam lubie gorace. A tu juz jesien, liscie czerwone, wiatry zimne, musialam kurtke z szafy wyjac??? Bez sensu.

Literatura polska na Loyoli juz na full swing, a tydzien temu polski zaczelam na Northwestern. Na razie idzie dobrze. Mlody (ten z wiosny :) wrocil z wojazy i zostal moim asystentem na tymze wlasnie polskim. Prowadzi takie jakby dodatkowe discussion section dla studentow. W gruncie rzeczy ja mu to zalatwilam, a niech chlopak ma! Nie, nie myslcie sobie, nie robimy niczego nieprzyzwoitego, jak juz zniknelo tension miedzy nami z wiosny, to teraz jest milo i przyjaznie. Fajnie miec kumpla 17 lat mlodszego he he! No i w ramach odwdzieczania sie Mlody zaprosil mnie jaka swoja date na taka oficjalna impreze w sobote (program biblioteki publicznej promujacy literatury obcych krajow, w tym Polski). Impreza byla wielce fancy, bylismy w Fogo de Chao (Brazilian steak house -- mieso jedne z lepszych jakie w zyciu jadlam), a potem udalismy sie cala delegacja na drinki do Signature Lounge, czyli na czubek Hancocka. Mimo lekkeigo zadecia bylo sympatycznie. I bardzo mi to bylo potrzebne. Ale o tym zaraz. 

W srode zaczynam rosyjski u siebie na uniw. Na szczescie nie prowadze ich sama, tylko w teamie 4 osob, wiec moze nie bede az tak obciazona jak na Loyoli i Northwestern. I z tym rosyjskim jest tak troche awkward, bo zapisal sie na niego Skrzetuski. A ze Skrzetuskim bylo ostatnio troche slabo... Tydzien temu byla u Skrzetuskiego impreza z okazji zblizajacego sie poczatku roku, ktora organizowali ludzie z jego wydzialu (Skrzetuski nie jest u mnie na wydziale, tylko na innym, takim bardziej blisko-wschodnim). Ja tam bylam taka troche z innej beczki, ale Skrzetuski nalegal, zebym przyszla, to poszlam. Pierwsze pare godzin bylo miodzio. Skrzetuski drinki mi robil, fajury ze mna palil, tematy do rozmowy wymyslal, stawal bliziutko, tak ze moglam podziwiac blekit jego oczat. A po polnocy taka mloda Arabka zaczela sie do niego kleic. No, tak nachalnie i bezwstydnie, ze mnie az zatkalo. Lazila za nim, obejmowala, calowac probowala... On sie tak odsuwal, odsuwal, a ona sie przysuwala, przysuwala... On sie dalej odsuwal... Ona sie dalej uparcie przysuwala... Az w pewnym momencie zasiadl Skrzetuski w fotelu, a ona siadla mu u stop, glaskala go po kolanach i wpatrywala w niego z zachwytem. I juz wtedy Srzetuski jej nie odpychal. Tylko se tak siedzial z ta hurysa u stop. No to ja, widzac to, wyszlam. Karen, ktora tez byla na tej imprezie i zostala jeszcze po moim wyjsciu, mowila mi  ze zaraz po tym jak wyszlam (bo wyszlam dosc nagle, machnawszy reka na pozegnanie, bez zwyczajowych usciskow i pozegnan) Skrzetuski skoczyl na rowne nogi i szukal mnie po domu zdezorientowanym bedac (co nie znaczy ze np. za mna wybiegl...) Nastepnie przez reszte wieczoru rozmawial tylko z Karen i zadne Araby w poblizu sie nie plataly... Co mnie troche podnioslo na duchu. Ale z drugiej strony, ta impreza to byl taki "reality check" i moze dobrze, ze zdalam sobie sprawe, ile bab za nim lazi i na co sa gotowe. A ja jednak z tej innej gliny jestem i podlizywac sie facetowi (zwlaszcza mlodszemu) nie umiem i nie chce. 

No i tak se mysle, ze pewnie ta Arabka miala powody, zeby tak sie mu pchac w... ramiona, zeby nie powiedziec inaczej. Rozchodzi mnie sie o to, ze musialo juz cos sie miedzy nimi zdarzyc... tylko ze ona dopiero na ten wydzial przyszla, czyli ona dopiero bedzie na pierwszym roku, czyli przyjechala do Chicago jakies dwa tygodnie temu... To jesli Skrzetuski jest taki szybki Lopez i wyrywa laski z I roku jednoczesnie prowadzajac sie ze mna, to niech mnie pocaluje w dupe. 

Dlatego to wyjscie z Mlodym nadarzylo mi sie jak slepej kurze ziarno. W przeciwnym razie albo bym siedziala w domu ryczac albo upila sie z Karen. A tak, nie dosc, ze sie obzarlam jak swinia swietnym jedzeniem, to jeszcze nie mialam czasu na smety. 

No i do dzis kontaktu ze Skrzetuskim nie bylo. A przeciez w ostatni weekend bylo pare imprez, na ktore planowalismy isc i on o tym doskonale wiedzial. Ale ja na pewno nie mialam ochoty sie do niego odzywac, a on... no coz, kto go tam wie, co on... Dzis sie znienacka odezwal, udajac, jak to zawsze faceci, no ze osochodzi?... Odpowiedzialam grzecznie i chlodno. A teraz on bedzie na tym moim rosyjskim... Slabo troche...


Zmieniajac temat: ojciec Dziecka bedzie mial nowe dziecko. Jego zona jest w ciazy (wreszcie, probowali wiele lat) i moje Dziecko bedzie mialo rodzenstwo! Co prawda bedzie miala wtedy juz 18 lat, ale zawsze to nie bedzie jedynaczka i nie bedzie na swiecie sama. Brat mojej mamy tez mial 18 lat, jak ona sie urodzila i sa swietnym rodzenstwem do tej pory. Takze dobrze. Dziecko sie domyslalo, bo jej ojciec podchody typowe dla siebie juz przez jakis czas robil, a dzisiaj oznajmili jej to wreszcie oficjalnie. Ja sie ciesze, choc pojawil sie oczywiscie u mnie taki maly smutek, ze tez chcialabym jeszcze znalezc dobrego mezczyzne, z ktorym zdazylabym jeszcze miec kolejnego malentasa... Ale moze mnie to juz nie pisane...

I tak mi jakos. Ogolnie nie jest zle, ale troszke smutno.


06:57, sorbet5
Link Komentarze (6) »
wtorek, 22 września 2009
krotki meldunek
Melduje, ze zyje. Uczenie na Loyoli juz w pelnym rozpedzie, jutro zaczynam polski na Northwestern, a w przyszlym tygodniu rosyjski na Chicago. O Yezooo!... Nie wiem, jak ja dam rade... Jak ktos mi wtedy powie, ze jest jest zajety, to go kopne w dupe!...

Ze Skrzetuskim spedzam tyle czasu, ile sie da, w ubiegly weekend na przyklad 3 wieczory pod rzad... I wcale nie musialam sie napocic i nakombinowac, zeby to wspolne spedzanie czasu zaistnialo, bo on calkiem inicjatywny byl... No prosze panstwa, ten facet to jest czysta przyjemnosc! Nie dosc, ze wysoki, przystojny i very smart, to jeszcze (chyba?) mnie lubi... Bo przeciez go nie zmuszalam, zeby do mnie dzwonil i zapraszal na obiady czy tam inne koncerty... a potem lazil ze mna po miescie do pozna w nocy... Co prawda, to lubienie jest ciagle tylko przyjacielskie, ale co tam, dobre i to! Na relationship to ja i tak nie mam czasu.

Na odcinku domowym wzgledny spokoj. Tzn dziecko bylo chore (zapalenie oskrzeli) wiec przez chwile byla ostra jazda, ale juz jest lepiej. Poza tym dziecko w miare spokojne, do szkoly chodzi, o colleges mowi, lekcje odrabia. Tfu tfu tfu! zeby nie zapeszyc. 

Dysertacje ciagle jednak pisze, z uporem maniaka, mimo tysiaca spraw na glowie. Czasem pol strony dziennie, czasem mniej, ale pisze. Wczesniej czy pozniej napisze.

To tyle w tym meldunku. Nastepny niebawem. Over and out.
06:25, sorbet5
Link Komentarze (3) »
wtorek, 08 września 2009
weekend
No jakos mi FB zabija dzialalnosc blogowa. Gdy sie zbiore, zeby tu cos napisac, to wydaje mi sie, ze juz przeciez to powiedzialam na FB... no wiec po co sie powtarzac... 
Ale sie powtorze:
Dlugi weekend spedzony glownie na imprezach i glownie w towarzystwie Skrzetuskiego.... No, dream come true, normalnie! I to nawet nie z mojej inicjatywy sie te imprezy dzialy... Nawet sie ze Skrzetuskim na Taste of Polonia wybralam (taki polonijny festiwal, troche jakby odpust, z tanim zarciem polskim i muzyczka na zywo na scenie, co prawda kicz do kwadratu, ale zabawa przednia). A tam strzelilam sobie bialo-czerwony tatuaz na ramieniu (don't worry, just temporary :), ktory mi Skrzetuski zgrabnie do ramienia przykleil... :) No a potem rozne bary, knajpy, bbq, nocne rodakow rozmowy, itp. Szkoda, ze juz koniec tego weekendu... Dzis musialam uczyc na Loyoli i to byl wielki bol, bo nie dosc ze nie bylam dobrze przygotowana, to jeszcze na kacu. No ale wiekszosc studentow dokladnie tak samo sie czula, wiec jakos te poltorej godziny przetrwalismy bardzo starajac sie nie zasnac po obu stronach katedry. 

Acha, no i bylam u Skrzetuskiego w mieszkaniu (na imprezie, don't get any ideas! :) i kurza dupa, no nawet jego mieszkanie mi sie strasznie podoba! Nieprawdopodbne, jak ten facet wpisal sie dokladnie w moj ideal... Ze Skrzetuskim przebywanie razem (mimo ze czeste) jest ciagle na zasadzie tylko przyjazni, zadnych ruchow w strone fizyczna... Szkoda wielka, ale przeciez nie bede wystepowac z zadna inicjatywa. Jak sie ma cos wydarzyc, to sie wydarzy. 

Wysoki dzwonil pare razy, ale jakos nie chcialo mi sie odpowiadac... Przy Skrzetuskim wszyscy inni jakos bledna... Oczywiscie, natknelam sie dzis na Wysokiego na campusie, rzucil suche "Hi" i pojechal dalej (na rowerze). Troche bylo to awkward, no ale coz...

Tyle na dzis relacji z wydarzen, ide do biblio pogapic sie w monitor laptopa, moze nawet i napisze ze dwie linijki...


23:07, sorbet5
Link Komentarze (10) »
środa, 26 sierpnia 2009
w skrocie
Wydarzen sporo, czasu na pisanie malo, a poza tym jakos tak mi ostatnio latwiej wpisac pare slow na FB w status update i tym samym poinformowac znajomych, co u mnie sie dzieje, niz tu sie rozpisywac... Tak to chyba jest, ze zyjemy w epoce telegraficznego (juz nawet nie telegraficznego, moze bardziej sms-owego?) skrotu... 

No to w skrocie, ale dluzszym niz telegraficzny:
Afera z portfelem przybrala obrot niesamowity. Zlodzieje bowiem wyprodukowali prawo jazdy z moimi danymi, ale z innym adresem i zdjeciem, poszli do jednej z filii mojego banku i wyjeli mi pieniadze z konta. Z konta oszczednosciowego... Kilka tysiecy, dodam dla wyjasnienia... Afera byla wielka, nerwy tez, sledztwo prowadzone przez policje i przez bank... Pieniadze bank mi oddal, ale poczucia bezpieczenstwa juz nie. Zmienilam zatem bank, prawo jazdy, karty, IDs i... nazwisko. Wrocilam do panienskiego, uznalam, ze moze to dobra okazja, zeby sie za to zabrac. No i juz sie nie nazywam jak byly maz, tylko jak ja. Przyznam, ze mi z tym troche dziwnie, albowiem nazwisko bylego meza nosilam lat 18... Teraz czasem sie jeszcze zatne, gdy sie przedstawiam... Gdy sie to wszystko dzialo, mialam wrazenie zupelnego surrealu, myslalam, ze zaraz sie obudze albo ze wyjde z kina i ten koszmar sie skonczy... Ale sie nie konczyl... Zlodzieje ci to absolutni profesjonalisci, dzialalnosc maja szeroko zakrojona, szajke wielka, wyslizguja sie policji z godna podziwu zgrabnoscia -- powiedzial mi pan detektyw. Mam nadzieje, ze juz sie im wiecej do niczego nie "przydam" i ze mnie zostawia w spokoju, bo nie wiem, co jeszcze oni moga wymyslic, a co ja moge zrobic, zeby sie przed nimi ochronic...

Dziecko zaczelo 4 klase liceum (!!!!!!!). Czeka nas wiec proces skladania aplikacji do collegow... O Jezu!... Az sie boje o tym myslec... Jako ze dziecko zaczelo szkole, to tym samym wrocilysmy mieszkac do Wilmette... Bleeeeee!... Nie znosze przedmiesc!!! Ja chce z powrotem do miasta!!! Na dodatek do moich stresow, przez jakies dwa tygodnie nasza landlady, siostra Wallego, czyli niby taka moja przyszywana ciotka robila problemy, bo chyba ona nie do konca nas w tym domu chce, ale na szczescie zainterweniowal Wally (popchniety przez mame) no i nasza gruba, leniwa i niemila landlady (jak widac, nie znosze jej!) laskawie pozwolila nam tam wrocic. Pod kilkoma warunkami, ale nie chce mi sie o nich pisac, bo se zepsuje humor...

Zaczelam tez uczyc na Loyoli. Wczoraj mianowicie mialam pierwsze zajecia z powojennej prozy polskiej. Studentow przyszlo duzo, ale prawie nic nie mowili. Unresponsive tacy sa. Inni niz studenci na UofC. Co mnie nieco frustruje, ale oh, well. Musze przestac traktowac moje nauczanie jak misje i zaczac myslec wreszcie, ze it's just a job.  

Znajomosc z Wysokim rozmywa sie troche, bo zbyt zajeta jestem... A on to chce sie spotykac wtedy, gdy on ma czas. A ja zazwyczaj wtedy tego czasu nie mam. Zwlaszcza ostatnio: najpierw przepychanki w banku i policji, potem przepychanki z landlady, potem przeprowadzka, potem poczatek roku dziecka, a potem moj na Loyoli... Noi gdzie tu znalezc czas na jakies romatyczne schadzki?...

Za to pojawil sie Skrzetuski. "Miedzy nami nic nie bylo" ze zacytuje poete, ale jakas tam chemistry jest. Skrzetuski jest tez z mojego uniw, zajmuje sie wzajemnymi wplywami Polski Sarmackiej i Imperium Ottomanskiego. Stad Skrzetuski. Poza tym zegluje, jezdzi konno, fechtuje sie, ma Harleya, jest bardzo wysoki i ma okulary i wasy. Acha i trenuje aikido. I wie mniej wiecej wszystko na temat historii Polski, w czym przypomina mi brata. I w wielu innych aspektach tez. Moze dlatego po pierwszych 3 minutach rozmowy z nim poczulam, jak bym go znala 15 lat. Jest tylko jeden problem. Jest duzo mlodszy. A wlasciwie dwa: poniewaz jest wysoki, przystojny i inteligentny, to lata za nim duzo bab. A ja, mimo ze go bardzo lubie, latac za nim nie bede. I tak o. Ale dzieki niemu, sierpien byl o wiele milszy niz sie spodziewalam. Wiec chociaz tyle...

Jak sie latwo domyslic, niewiele mialam ostatnio czasu na pisanie... pisanie dr, oczywiscie. Ale nic, gdy tylko ustawie nasze zycie w Wilmette na nowo, dziecko wdrozy sie w swoj codzienny szkolny rytm, a ja przywykne do pracy na Loyoli, to moze znowu troszke popisze... 

A tak w ogole to jakas zmeczona jestem. Przydalyby mi sie wakacje po tych wakacjach...


21:09, sorbet5
Link Komentarze (10) »
niedziela, 09 sierpnia 2009
Ktos sie nie bal...
...i zaj*bal. Mi portfel. Wczoraj z torebki, gdy nie przeczuwajac niczego, pracowalam sobie intensywnie nad dysertacja w jednej z kawiarni niedaleko campusu mojego uniw. Portfel ze wszystkim: kartami kredytowymi, debtowymi, IDs z dwoch uniwersytetow, prawem jazdy, gift cards do dwoch sklepow, karta do Starbucks i CTA... Nawet kwit z pralni chemicznej poszedl sie j*bac!!! Tyle ze gotowki prawie nie mialam...
Poblokowalam co sie dalo, ale o jednej karcie zapomnialam. I dzis z tej karty zadzwonili, ze "they detected a fradulent activity" bo ktos najpierw placil nia na stacji Shella, potem w Bed Bath and Beyond (co wskazuje na kobiete, bo jaki facet poszedlby do tego sklepu?!) a potem probowali wyjac z tej karty 1000 baksow (!!!) w Ohio (WTF???) Nie wiedzieli ch*je, z tej karty to se mogli jakies paredziesiat dolarow wyjac, ale nie 1000!... Ha! Na szczescie karta te ich dzialalnosc od razu wychwycila, zadzwonila do mnie i ja zablokowalam. Podobno nie bede odpowiedzialna za te zakupy, bo ich nie autoryzowalam.
To jedyne, co jest dobre w tej calej sytuacji. Poza tym, nie mam niczego, IDs poblokowane, konta poblokowane, wiec zeby miec jakakolwiek mozliwosc placenia musze latac do banku po gotowke. Nowa karta debetowa przyjdzie za 5-10 dni, nowa karta cash station bedzie dzialac dopiero we wtorek. Nowe ID zrobie dopiero w poniedzialek, o ile wszystko dobrze pojdzie.
Ze nie wspomne o nowym prawie jazdy.

Mialam isc dzis na 2 imprezy, ale nie pojde na zadna, bo mam takiego dola.

Nienawidze zlodziei.

Ide przecwiczyc rzucanie klatw, wszystkich jakie tylko sa mozliwe...
03:57, sorbet5
Link Komentarze (18) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19